Blog
Kontekst
Antoni Dudek
Antoni Dudek Historyk i politolog
181 obserwujących 203 notki 731624 odsłony
Antoni Dudek, 28 października 2016 r.

Koło historii

Jedni odchodzą, inni przychodzą. Koło historii kręci się nieubłaganie. Kto chce na ten proces spojrzeć z pewnym dystansem, temu polecam nowe wydanie mojej "Historii politycznej Polski 1989-2015", a zwłaszcza ostatni obszerny rozdział opisujący okres rządów koalicji PO-PSL i analizujący przyczyny zwycięstwa PiS. Na zachętę załączam krótki fragment poświęcony ubiegłorocznym wyborom prezydenckim. Dla ułatwienia lektury z poniższego tekstu usunięto przypisy.

***

W listopadzie 2014 r., na pół roku przed wyborami prezydenckimi, Bronisława Komorowskiego dobrze oceniało aż 76 proc. badanych, natomiast źle jedynie 14 proc.  W sondażach przeprowadzanych przez cztery następne miesiące, Komorowski dystansował wszystkich potencjalnych rywali w sposób tak wyraźny, że niektórzy obserwatorzy sceny politycznej całkiem poważnie zastanawiali się nawet, czy możliwe jest jego zwycięstwo już w pierwszej turze. Na początku stycznia 2015 r. redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik stwierdził w programie telewizyjnym Tomasza Lisa, że Komorowski mógłby przegrać wybory, gdyby „pijany przejechał na pasach zakonnicę w ciąży” . W miesiąc później Wiesław Władyka i Mariusz Janicki pisali na łamach sprzyjającego wyraźnie Komorowskiemu tygodnika „Polityka”, że „prawdopodobieństwo drugiej tury można więc określić w tym momencie na ok. 40 proc.” .

Problemy zaczęły się w trakcie wizyty prezydenta w Japonii, w lutym 2015 r. Odwiedzając siedzibę japońskiego parlamentu Komorowski postanowił sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie, by zaś lepiej na nim wypaść wszedł na krzesło przeznaczone dla spikera, a następnie zawołał do towarzyszącego mu szefa BBN gen. Stanisława Kozieja: „Chodź szogunie!”. Wywołało to lawinę negatywnych komentarzy, które spotęgowały jeszcze oświadczenia rzecznika MSZ Marcina Wojciechowskiego, że „wizyta przebiegała w całkowitej zgodzie z zasadami protokołu dyplomatycznego” oraz zapewnienia rzeczniczki Komorowskiego Joanny Trzaski-Wieczorek, że „prezydent wszedł na specjalny podest, a nie na krzesło” . Komorowski generalnie nie miał szczęścia do kraju kwitnącej wiśni, bowiem przy tej okazji przypomniano mu też potknięcie z marca 2011 r., gdy po tsunami w Japonii, złożył wpis do księgi kondolencyjnej w ambasadzie tego kraju w Warszawie, popełniając przy tym dwa błędy ortograficzne.

Incydent w Tokio kosztował Komorowskiego kilka procent poparcia, ale w badaniach z połowy marca gotowość oddania na niego głosu wciąż deklarowało 46 proc. badanych . Istotna jednak była wyraźna tendencja zniżkowa w poparciu dla prezydenta, którą zlekceważył początkowo zarówno sam kandydat, jak i jego sztab wyborczy, a właściwie dwa sztaby. Na czele pierwszego, oficjalnego stanął drugoplanowy polityk PO Robert Tyszkiewicz, który miał spore problemy ze zmobilizowaniem struktur Platformy do zaangażowania się w kampanię prezydenta. „Szybko się okazało - pisał Grzegorz Osiecki - że oficjalny sztab prezydenta jest zaledwie rodzajem biura planistycznego. Jego propozycje zatwierdzał bowiem drugi (nieoficjalny) ośrodek działający przy samym prezydencie. Wchodzili w jego skład współpracownicy Komorowskiego – Sławomir Rybicki, minister w kancelarii odpowiedzialny za kontakty z partiami politycznymi, Jerzy Smoliński, doradca ds. mediów, i Paweł Lisiewicz, szef gabinetu politycznego” . Nieporozumienia między obu sztabami potęgował generalny brak pomysłu na kampanię, którą Komorowski oficjalnie zapoczątkował podczas konwencji 7 marca. Ogłosił wówczas swoje hasło wyborcze: „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”, które znakomicie oddawało jego polityczną ofertę, adresowaną do tych, którzy podzielali opinię, że Polska znajduje się w „złotym okresie”, a zakłócić go może przede wszystkim zwycięstwo PiS i jego kandydata na prezydenta, który rzeczywiście okazał się głównym przeciwnikiem Komorowskiego.

Tym ostatnim został w listopadzie 2014 r. mający wówczas 42 lata eurodeputowany PiS, prawnik Andrzej Duda. Jego kandydaturę wysunął osobiście Jarosław Kaczyński, zdający sobie sprawę, że sam z racji bardzo dużego negatywnego elektoratu nie będzie w stanie przeciwstawić się Komorowskiemu skuteczniej niż w 2010 r., kiedy pomagało mu w kampanii współczucie wielu wyborców związane z katastrofą smoleńską. Był to jednak wybór o tyle zaskakujący, że Duda nie należał do najbliższego otoczenia lidera PiS, miał natomiast za sobą przeszłość w Unii Wolności, w której stawiał pierwsze polityczne kroki. Później – za sprawą Zbigniewa Ziobro – trafił w roli podsekretarza stanu do Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie pracował na takim samym stanowisku w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jesienią 2010 r. wystartował w wyborach na prezydenta Krakowa, ale zajął w nich – uzyskując 22 proc. głosów – dopiero trzecie miejsce. Znacznie lepiej poszło mu w rok później gdy zdobył mandat poselski, a następnie podczas wyborów do PE w 2014 r.  Pierwsze wyniki sondaży były dla kandydata PiS mało zachęcające, a prezydent Komorowski zareagował na pojawienie się jego kandydatury lekceważącym zdaniem, że nie wie o którego Dudę chodzi, nawiązując w ten sposób do osoby przewodniczącego NSZZ „Solidarność” Piotra Dudy, który rzeczywiście w chwili ogłoszenia decyzji Kaczyńskiego był postacią bardziej rozpoznawalną od europosła PiS . Jak wynika z badań CBOS w grudniu 2014 r. aż dwie trzecie ankietowanych miało kłopoty identyfikacją Andrzeja Dudy.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale